Mimo, że seks jest niezastąpionym sposobem na zachowanie zdrowia i urody, to są też pewne metody, bez mieszania w to męskich przyrodzeń. Osobiście uprawiam je z namaszczeniem.
1. Pieszczenie światłem

Muszę się przyznać, iż posiadam syndrom niespokojnych rąk i rentgen w oczach. Czym to skutkuje? Każda najmniejsza krostka (alergiczna czy inna), strupek, albo wrastający w skórę włos – nie umknie mojej uwadze i zostanie starannie wyciśnięta, zdrapany, wydłubany. ‚Starannie’ nie oznacza ‚bez widocznego uszczerbku na urodzie’, niestety. Rozlanie krwi. Wtedy to do akcji wkracza małe, plastykowe pudełko – z przyciskami i szybką, za którą umiejscowiona jest żarówka emitująca światło podczerwone. Lampa infrared – ratująca kobiece życie! Bez niej w takich momentach wpadałam kiedyś w otchłań rozpaczy. Teraz zakładam opaskę na oczy – a dokładniej zwykły pasek od szlafroka – i naświetlam twarz przez 15 minut (lub oczywiście inne zranione lub wysypane alergicznie miejsca, w których bez czegokolwiek na oczach już można 🙂 ). Po co? Najprościej mówiąc, lampa nagrzewa skórę, światło dociera do głębszych jej warstw, przyspiesza przepływ krwi – a więc skóra pracuje i goi się dużo szybciej.
Drobne wskazówki:

  • W zasadzie lampa podczerwona jest świetna również przed samym wyciskaniem krostek – bo ciepło zwyczajnie otwiera nam pory, z których łatwiej wydobyć czającą się, niechcianą treść. Po naświetlaniu warto też zamknąć pory. Radę dają sobie zwykłe glinki na przykład.
  • Genialnym patentem jest też posmarowanie ranki po wyciśnięciu tłustym kremem (osobiście klepię się najtańszym aptecznym alantanem – tak tym do odparzeń pup niemowlaków!, skład prosty – więc nie uczula). Infrared pozwala mu głęboko natłuścić zranione miejsce i nie powstaje strupek – goi się bardziej na zasadzie blaknięcia.
  • Od czasu do czasu używam też podczerwieni tak po prostu – do odżywienia skóry. Nakładam na twarz porządną warstwę domowego jogurtu, o którym już kiedyś trąbiłam (bo jest genialny) i naświetlam.
  • Przy używaniu infraredu warto być też mniejszym deblem niż ja. Gdyby, załóżmy, wykroszczyło Wam alergicznie udo, całe udo, bardzo nieapetycznie, swędząco, boląco, cokolwiek… nie warto stawiać lampy na łóżku i naświetlać to swoje nieszczęsne udo. Wysypka w końcu zniknie (jak pozbędziecie się alergenu), a obrażenie po oparzeniu rozgrzanym infraredem (przewróconym w wyniku postawienia lampy na gibającym się materacu) może zostać na zawsze.

Podsumowując – lampa podczerwona jest świetna do nagrzewania ciała i zmniejszania bólu mięśni czy kości, oraz do wspomagania leczenia przeziębień. Nie używam jej jednak w tych celach – zbyt często. Choć kilkukrotnie wyleczyłam nią pobolewające gardło.

2. Czyść namiętnie to, o czym dotąd nie wiedziałaś

Kolejne małe, plastykowe pudełko. Przyciski i wężyki. I w tym miejscu muszę się znów do czegoś przyznać – jestem pedantką żywieniową. Nie oznacza to, że moje jedzenie musi być kolorowe i apetyczne. Nie musi być zawsze tylko i wyłącznie zdrowe. Szczerze mówiąc, notorycznie jadam niewyględne papki. Zazwyczaj zdrowe, ale z paczką chipsów (solonych – ziemniak, olej, sól) też można mnie zobaczyć. Jedzenie nie musi być też przesadnie ekologiczne. Jadam różne rzeczy i większość nie jest z tej horrendalnie drogiej półki eko. Moje jedzenie musi być za to CZYSTE i mnie nie uczulać (co robią np. psikadła do przedłużania „świeżości” truskawek, czy bielinka do upiększania pieczarek i wiele innych. Swoją drogą – czy komukolwiek to służy?). I tu od głodówki ratuje mnie ozonator. Małe, plastykowe pudełko, które hmm… ozonuje. Wszystko. No prawie. W każdym razie to, co da się włożyć do miski z wodą (samą wodę też zresztą – np. tę kupowaną w baniakach). Do tego wężyk odchodzący od pudełka i w 15 minut unicestwiam pestycydy, bakterie, wirusy, pleśnie i pozostałe dziadostwo. Idę za ciosem – ozonuję też szafy, lodówkę od czasu do czasu, pokoje. Bo nie wiedzieć czemu śmierdzi. Poza tym, odpowiednio oczyszczone z  alergenów i drobnoustrojów powietrze, zmniejsza ryzyko zachorowań na najczęściej występujące choroby – jak grypa, czy przeziębienie.

Podsumowując – ozonator jest istnym cudem natury. A jak ma jeszcze opcję jonizowania powietrza (ha, mój ma!), to ja nic innego nie robię, tylko ozonuję i jonizuję na zmianę 🙂

3. Porządne nawilżenie

Zaskoczę Was. Kolejnym moim sekretnym, domowym sprzętem jest – małe, plastykowe pudełko. Nie mam tu do opowiedzenia dłuższej historii. Po prostu ubóstwiam sobie porządnie pooddychać (zrozumie to tylko inny duszący się alergik), dlatego używam małego, plastykowego pudełka zwanego elektrycznym nawilżaczem powietrza. Robię jakieś rzeczy, a on robi swoje. Pozostaje mi jedynie zdrowo oddychać (naturalnie nie byłabym sobą, nie zwróciwszy uwagi na to, że odpowiednio nawilżone powietrze wpływa też pozytywnie na wygląd skóry 🙂 ). Swoją drogą, o nawilżaczu powietrza wspominał już Micho, mówiąc o metodach wstawania z łóżka:

Zbyt suche powietrze sprawia, że w pomieszczeniu unosi się mnóstwo kurzu, który może powodować katar, kaszel lub alergię. (…) Idealne nawilżenie w mieszkaniu powinno wynosić od 40 do 60%. (…) Do wyboru jest wiele technologii (parowe, ultradźwiękowe, ewaporacyjne), za czym stoją również różne ceny. Warto zwrócić uwagę, czy w danym modelu dozwolone jest aplikowanie olejków zapachowych. Parę kropli np. lawendy z pewnością ułatwi wieczorny relaks i zasypianie.

Mogę jeszcze tylko delikatnie podpowiedzieć, żeby nie zostawiać włączonego parowego nawilżacza na noc, po stronie łóżka, gdzie śpi luby. Mgiełka jest zimna… Możesz przez przypadek go przeziębić. I nie słyszeć potem kocham przez tydzień.

P.s. I tu znów pojawia się kwestia seksu – udobrucha każdego faceta. A zdrowie i uroda? To taki jego skutek uboczny 😉

2 komentarze

    • Zuza
      Zuza

      To prawda, można używać różnych kombinacji wody z sodą oczyszczoną, kwaskiem cytrynowym i octem właśnie. Przed posiadaniem ozonatora używałam ich z powodzeniem. Nie usuwa się w ten sposób całego dziadostwa, ale zawsze lepiej część niż nic!

      Odpowiedz

Dodaj komentarz