Sopot. Nudy. Tak? Znasz go na wylot? Z pewnością? Tak wiem, nie ma chyba popularniejszego polskiego miasteczka położonego u wybrzeża Bałtyku. Wszyscy znają tutejsze molo (i bardzo dobrze, bo wśród drewnianych jest najdłuższe w Europie!), Monciak, czy Krzywy Domek. Ale czy w tym gąszczu miejsc oczywistych nie można znaleźć też czegoś mniej komercyjnego?

Nasza ludzka niepoczytalność

No cóż, nie poznajemy nowych miejsc, bo… zwyczajnie ich nie szukamy! Bo się nie chce. Bo gorąco. Bo daleko. Bo po co. Bo tak. Bo jeszcze jedno, najistotniejsze – bo idąc na plażę zachodzi pewne niepojęte zjawisko. W oczach ma się szaleństwo. Sopot otumania tłumami półnagich ludzi, goframi za każdym zakrętem, słoną wodą, no i przede wszystkim – byciem po prostu Sopotem. Brnie się przez ulice jak na skrzydłach, a ślepiami wyobraźni widzi się już swoje nagie stopy zanurzające się w piasku i niemalże naocznie brązowiejącą skórę.

Naturalnie parę godzin później opuszcza się plażę ze wstrętem do wszędobylskiego, klejącego się piachu i z różowym (do tego oczywiście nierównomiernie) ciałem.

I tak właśnie, idąc w obie strony – z plaży i na nią – niepostrzeżenie mija się okazały, biały budynek – sopocki Dom Zdrojowy (oznaczony na zdj. poniżej).

dom zdrojowy sopot

Wbrew temu szaleństwu

Tym razem postanawiamy z Miśkiem doświadczyć czegoś nowego (poudawać, że skóra nas nie piecze i nie śpieszymy się do hotelu, by leżeć plackiem z kefirem na rozpalonych plecach) i zamierzamy wstąpić do tego świeżo odkrytego przez nas obiektu. Z radością spostrzegamy windę. Panoramiczną. Niestety chwilowo nieczynną. Jak się już jednak powiedziało „a”… No cóż, postanawiamy więc przemaszerować te trzy piętra w górę (zostawiamy w spokoju dolne poziomy, Galeria Sztuki by nas dzisiaj zdecydowanie przerosła).

Po drodze napotykamy punkt informacji turystycznej – tyle dobrego (…no i okazja do odpoczynku 🙂 ). Wdajemy się w pogawędkę z pracującym w niej młodym, uśmiechniętym chłopakiem. Ma tatuaże, jest wyluzowany i kumaty. Po zaspokojeniu ciekawości wspinamy się dalej. By zaspokoić pragnienie.

Trzecie piętro zdobyte! Wchodzimy do pijalni wód solankowych. Musimy wyglądać gamoniowato, bo ktoś przypadkowy zdradza nam tutejsze zasady – samoobsługi i nieodpłatności. Czas więc na leczniczą solankę. Dobieramy się do kranów i wlewamy ciecz do białych, plastykowych kubeczków.

sopot kran w domu zdrojowym

Zaciągamy się aromatem. Średni pomysł… Czy „to” się faktycznie konsumuje? Ciekawość jednak wygrywa. Sączymy.

kubeczki dom zdrojowy sopot

Instynkt samozachowawczy nie kłamał. Solanka nie tylko pachnie, ale i smakuje błotem. Jest słonawa i mdła.
– Samo zdrowie Micho!
Mina Miśka bezcenna. Typek jeden ocenzurował niestety ten wyjątkowy element mojej fotorelacji.

Pewnie nie bez powodu pomieszczenie łączy się bezpośrednio z niewielką kawiarenką. Chwila moment i zapijamy tę intrygującą ciecz – prostą,  zwyczajną kawą. Rozsiadamy się i upajamy poczuciem, jakby nie było, uczestnictwa w czymś niecodziennym.

Przyjemnie tutaj. Pomieszczenie jest jasne, wyłożone kafelkami, z drewnianymi stołami i kolorowymi, ożywiającymi dodatkami (zdj. widoczne po najechaniu na pinezkę na zdj. Domu Zdrojowego). Duże przestronne okna. I tarasik. A z niego widok na molo i rozciągającą się uroczą Zatokę Gdańską (zdj. u samej góry).

Taki widok rekompensuje wszystko. Nawet to trzecie piętro na piechotę 😉 Droga powrotna okazuje się zresztą elegancka – winda już działa! Korzystamy więc z okazji cyknięcia zdjęcia przez jej szklane ściany.

sopot widok z windy

Przygoda odhaczona. Sopot potrafi zaskakiwać. Wystarczy chcieć 🙂

No, a potem nie pozostaje nam już nic innego, jak lecieć po ten kefir. Dużo kefiru. I pantenol.

O Autorze

Zuza

Podobne Posty

Dodaj komentarz