Twarzy nie ukryjesz. Makijaż się nie liczy. Dosłownie, bo jeśli masz faktyczny problem z cerą, tapeta niewiele zdziała, potrzeba jej dużo, a to wygląda sztucznie i śmiesznie. A poza tym – kogo chcesz oszukać? Stajesz wieczorem przed lustrem, zmywasz tynk i.. Łzy są nieodzownym towarzyszem wieczoru. Bynajmniej były moim. Kilka ładnych lat (kuriozalne, bo ciężko nazwać je ładnymi) walczyłam z wiatrakami.
Obecnie blisko mi do 30stki i nie mam pryszczy, jednak nie dlatego, że okres dorastania już za mną. Zwyczajnie, odkryłam kilka zależności – kurczę, tak oczywistych i prostych do zastosowania, że aż żal mi tego bezsensownego okresu, w którym chodziłam (a raczej czym prędzej przemykałam) z dziadostwem na twarzy. Gdybym wiedziała o nich wcześniej, pewnie byłabym obecnie drugą Penelope Cruz, albo dziewczyną Boruca – w każdym razie na pewno oszczędziłabym sobie wiele stresu i udawania pewnej siebie, a byłabym pewna siebie!
Do czego zmierzam? Bo nie do tego, żeby pocisnąć dawnej sobie 😛 Po prostu nie ma się co oszukiwać, że pryszcze są ok. Że taka nasza uroda, że geny i przecież nie mamy wpływu, albo że to pewnie minie, że może wcale ich tak bardzo nie widać, i że cokolwiek innego.
Powtórzę – pryszcze nie są fajne. I możesz ich nie mieć.

Zasada 1 – Skóra to mega wrażliwy narząd. Jeśli masz do tego predyspozycje – pokaże wszystko, czym raczysz się od środka. Tak, chodzi o to, co jesz. Niby żadne to olśnienie, a jednak jakby mamy to gdzieś (?). Wtedy (tak będę mówić o czasach zapryszczonej mnie) jadłam wszystko. Generalnie lubiłam jeść i jest tak nadal, z tym, że wtedy nie zastanawiałam się „co to”, ważne, że mi smakowało. Twarz nie wyglądała dobrze. A potem było jeszcze gorzej, bo przyszedł czas na odchudzanie. Ot tak, taki kaprys – zrzucę kilka kilo. Zaczęło się kupowanie wszystkiego z napisami „light”, „0 cukru”, „dietetyczne”. Czy ktoś kiedykolwiek czytał etykietki takich produktów?? Jasne, może i light, i bez cukru, i może nawet można po nich zrzucić wagę, ale za jaką cenę!? I nie chodzi bynajmniej o kasę. Nie dziwne, że twarz sypnęła mi po stokroć (choć myślałam, że bardziej się nie da). Zabierają nam przecież coś z produktu np. tłuszcz czy cukier, więc muszą je czymś zastąpić – czym? Wypełniaczami o przeróżnych dziwnych nazwach, zagęstnikami, żelatynami i całą resztą – chemii! Czy nasz organizm potrafi to trawić? Otóż nie. A to, co źle się trawi – wychodzi nam skórą. Dziękuję 🙂

Zasada 2 – Jest analogiczna do zasady 1. Jeśli jesteś alergikiem (głównie pokarmowym) lub cierpisz na nietolerancje pokarmowe, nie ma bata – zjesz alergen, wyjdzie Ci twarzą (gwoli uściślenia, może to być oczywiście inna część ciała, np. plecy. Co człek to przypadłość.). I tu w zasadzie mamy dwa wyjścia:
• albo się porządnie obserwujemy i likwidujemy z jadłospisu to, co nas alergizuje,
• albo robimy testy alergiczne. I żadne tam metodą klasyczną (te wieloletnie z nakłuwaniem i szczepionkami), bo to zabawa głupiego. Istnieje coś takiego jak Bicom (biorezonans) – w 15 min. mamy czarno na białym. W drugie 15 nas odczulają. I jesteśmy nieprzyzwoicie szczęśliwi.

Zasada 3 – Kolejna zasada powiązana z poprzednimi. Rzecz rozchodzi się o nasz układ pokarmowy. A dokładniej o jego wrak. Nasze prababki miały silną florę bakteryjną w tym układzie, my nie jesteśmy podobni do nich wcale. Nie jadamy już warzyw, które przed sekundą zerwaliśmy ze swojego ogródka. Nie jadamy też mięsa, które jak jeszcze chodziło, to rosło na prawdziwej koniczynie. Teraz pcha się w zwierzaka modyfikowane dziadostwo, dzięki czemu mięso nie stanowi dla nas zbyt dużej wartości. A w zasadzie jedynie w najlepszym wypadku jest bezwartościowe. Do tego dochodzi stres, inne marne jedzenie, mnóstwo chemii na każdym kroku – i mamy sajgon w układzie pokarmowym, który (ameryka!) prawidłowo nie działa.
Są jednak sposoby, żeby się ogarnąć i wrócić do formy. Np.? Oczywiście nie na wszystko mamy wpływ – np. na stres (choć powiecie, że to nie do końca prawda, i będzie to prawda), ale już np. zrezygnować z tego co nas alergizuje i truje jesteśmy w stanie jak najbardziej. Ponadto możemy odbudowywać nasz układ pokarmowy, który dotąd mniej lub bardziej świadomie skrzętnie degenerowaliśmy. Jak to zrobić? Jogurtem domowym – czyli samodzielnie wyhodowanymi, bardzo potrzebnymi nam bakteriami! Zerknijcie tutaj, nie chcę się powtarzać. Specyfik ten jest ratunkiem dla naszej ubogiej flory bakteryjnej, a w rezultacie też dla skóry! Po pierwsze z racji wspomagania naszego trawienia (pamiętajcie twardą zależność: złe trawienie=poorana twarz), po drugie działa cuda również stosowany zewnętrznie.

Zasada 4 – Jest też jeszcze jedna banalna rzecz, która zrewolucjonizowała moje życie. Jest nią zapewnianie skórze odpowiedniego środowiska, którego bakterie się nie imają. Mi genialnie pomaga w tym ocet jabłkowy. Zwyczajny taki, który możecie zrobić w domu (w necie przepis na przepisie), albo nawet ten ze sklepu – byle sam czysty bez zupełnie niepotrzebnych mu konserwantów, kwasków i innych. Oprócz stosowania na skórę (po rozcieńczeniu z wodą – ok.2 łyżek na pół szklanki), piję go również (w proporcjach ok. 2 łyżek na szklankę wody), nakładam na włosy, czy dodaję do kąpieli. Działa.

Zasada 5 – O twarz skutecznie walczymy sami, jednak raz na jakieś 3-4 miesiące (choć na początku walki nawet i co miesiąc) trzeba pokazać ją kosmetyczce. Wyciśnie to, co wyszło ze złego trawienia (z każdym miesiącem stosowania powyższych zasad jest dziadostwa naturalnie coraz mniej). Tyle. Chyba, że umiecie usuwać je sami (pochwalę się, że powoli osiągam w tym mistrzostwo. Może kiedyś pokuszę się o wpis 🙂 ).

Sprawa jest więc prosta. Pryszcze to problem jak milion innych i jak tamten milion potrzebuje jakichś działań, żeby go rozwiązać. Dlaczego mielibyśmy go zostawiać samemu sobie? A tu głównym „działaniem” jest tak naprawdę jedynie bardzo silna chęć nieposiadania krost. Wtedy to powyższe zasady nie są dla nas żadnym wyrzeczeniem, stają się sposobem na życie. Życie bez pryszczy.

Powtórzę po raz ostatni – pryszcze nie są fajne. I możesz ich nie mieć.

Dodaj komentarz