Pożądana i fascynująca. Próbuje się ją wyjaśniać reakcjami zachodzącymi w organizmie, uznaje za specyficzną nić pomiędzy atrakcyjnymi dla siebie ludźmi. „To coś”. Powszechnie uważane za gwarancję szczęścia, oznakę prawdziwej miłości. Sygnał, że trafiło się na „tę” jedną jedyną, wyjątkową osobę. A tymczasem nowoczesna psychologia coraz częściej mówi nam, że… chemia nie ma znaczenia. Serio?

Tak twierdzą. Psycholog John Gottman np. detronizuje chemię, mówiąc, że nie jest ona żadną podstawą szczęśliwych i długotrwałych relacji partnerskich. Według niego jest nią wypracowana umiejętność rozwiązywania problemów. Podobną koncepcję obiera też np. dr Eva Klohnen (University of Iowa), która twierdzi, że „O tym, czy małżeństwo będzie trwałe i szczęśliwe, decyduje przede wszystkim podobieństwo osobowości. Cała reszta praktycznie się nie liczy”.

Ty a nie ktoś inny

Jak to się nie liczy? W którym momencie chemia nie ma znaczenia? Wydzielamy przecież feromony, jakoś wyglądamy, mamy określony sposób bycia, czy poruszania. To wszystko ma znaczenie. Dzięki temu w ogóle zwrócimy na kogoś uwagę, albo nie zmarnujemy na niego choćby chwili. Brutalne, ale tak to właśnie wygląda. Bombardują nas przecież miliony bodźców, siłą rzeczy musimy być wybiórczy. Reagujemy więc na odpowiednie cechy, które łączą się w danej osobie w odpowiedniej dla nas kombinacji. Powodują one naszą fascynację, iskrzy między nami. To jest chemia. A ona z kolei może nas popychać do działania. Stworzenia nowego, małego życia np. Niekoniecznie planowanego. A więc to oczywiste, że chemia ma ogromne znaczenie, a przynajmniej może mieć niesłychany wpływ na nasze życie.

Coś więcej niż tylko ślinienie się do siebie

Chemię można rozpatrywać w kontekście jedynie zwierzęcych popędów – osobnik widzi atrakcyjną dla siebie istotę i kopuluje z nią, by potomstwo przejęło cechy, które uważa (dzieje się to raczej podświadomie) za sukces przetrwania.  W obecnych czasach takie podejście jest jednak nieco prymitywne. Ludzie mają popędy, zdecydowanie, ale coraz częściej mają też świadomość. Zdajemy sobie sprawę, że nasze potomstwo potrzebuje czegoś innego, czegoś więcej niż „ładne” geny. Nie wystarcza spłodzić dajmy na to córkę, która wyrośnie na urokliwą kobietę o jędrnym biuście, gęstych włosach i chodzie łani. Ta istota, choćby najpiękniejsza na ziemi, może być niezwykle zakompleksiona, być nałogowcem, popełnić samobójstwo, cokolwiek. Nasz świat jest o wiele bardziej skomplikowany niż świat zwierząt, dlatego też, nasze dzieci, potrzebują czegoś więcej niż tylko śliniących się do siebie rodzicieli.

Nieważne ile lat razem

Czy więc dążenie do stałego odczuwania elektryzacji między sobą, szukanie tej niesamowitej ekscytacji ma w ogóle sens? Tak! Nigdy nie pozwoliłabym sobie na mniej, na gorzej. Jeśli ktoś chce ze mną być, musi się starać i zabiegać. Podtrzymywać ten żar, który przyciągnął nas do siebie. I nieważne czy jest to czas poznawania się, 7my rok bycia razem, czy cholerne całe życie. Jeśli ktoś mógł mnie podrywać i fascynować dawno temu, to znaczy, że umie to robić i teraz (to się tyczy również mnie naturalnie!). I oczywiście – sposób rozwiązywania problemów, czy dopasowanie osobowości, o których mówią psychologowie – są istotne, bardzo (notabene wspomniany wcześniej J. Gotmann wydał całkiem niezłą książkę o małżeństwie). Ale bez choćby odrobiny chemii człowiekowi nie chce się ich rozwiązywać, ani dopasowywać do siebie. Więc, jeśli jest źle, to może trzeba sobie przypomnieć jak to się robiło, co budziło nasze pożądanie? Albo coś zmienić, przecież i my się zmieniamy. Zawsze też podobało mi się powiedzenie, że „Miłość jest jak kostka masła. Trochę chłodu od czasu do czasu dodaje jej świeżości”.

2 komentarze

    • Zuza
      Zuza

      Elka, książka nosi tytuł ‚7 zasad udanego małżeństwa”. Autor sadza pary w laboratorium i można rzec przeprowadza na nich eksperymenty (podpina urządzenia pomiarowe i zza lustra weneckiego obserwuje ich zachowania, mowę ciała, słucha rozmów, analizuje i wyciąga wnioski). Ciekawe.

      Odpowiedz

Dodaj komentarz