Wyrzućcie niewiadome prawdy i dotychczas serwowane mądrości. Podzielę się z Wami kilkoma małymi sekretami. Będzie o tym, jak jeść, ale nie o absurdalnych zakazach i radach typu – „węglowodany są be, wyrzekaj się tłuszczów, jedz tylko to, co ma niski indeks glikemiczny”.

Wtf? Rozsmakowujmy się w tym, za czym przepadają nasze podniebienia, co nas nie uczula i co po prostu uważamy za rozsądne – dla zdrowia i samopoczucia.

I co ważne, często nie musimy z czegoś rezygnować. Wystarczy wiedzieć co to za gagatek i jak go ujarzmić.

  • Kluski – Pokrętna kwestia. Wyrzekamy się ich jak diabła, z obawy, że staniemy się… Kluchami. Otóż kochani, głęboki wdech, wydech – to tylko niewinne kluski. Nawet dalmatyńczyki je jadły i były śliczne (przekonujący argument? 🙂 ). Zjedzenie nie grozi śmiercią, ale są dwa ‚ale’ – ważne żeby były al dente i najlepiej żeby NIE były z pszenicy. W takiej postaci najlepiej je przyswajamy i trawimy. Lekko twardy makaron zachowuje najwięcej swoich wartości i nam zwyczajnie służy. A pszenica to zło.
  • Jajko – kolejna zmora. Czyhający na nasze żyły cholesterol? Mistyfikacja. Ale znowu jest ‚ale’ – skorupka jest po to, żeby chronić to, co jest w środku. Jajo ma skorupkę i chce być w niej robione – czyli na twardo lub miękko. Wtedy lizyna (taki sprytny składnik jajka) „trawi” cholesterol (który też jest jego składnikiem, tylko tym mniej pożądanym). Za to rozbite jajo (celowo – do smażenia) lub nawet pęknięte (przypadkiem – podczas gotowania) nie ma już lizyny, wszak ginie ona pod wpływem temperatury (powyżej 92°C). Jak łatwo się domyślić, to skorupka chroni środek jajka przed takim upałem i pozwala lizynie istnieć i „mordować” cholesterol.
    No więc tak dla pewności – jajecznica, naleśniczki – eh… Przyznam się Wam jednak, że czasem zgrzeszę i z namaszczeniem pochłonę puszystego placka – bo Misiek robi wybitnie fenomenalne!
  • Miód – Że niby tuczy? Fail… To jest właśnie w nim najpiękniejsze – słodycz i kalorie, które są dozwolone i bezkompleksowe. Nie ma nic zdrowszego od kromki domowego chleba (przepis znajdziecie tutaj) z plastrem białego sera i dużą ilością miodu (na co komu później batony?).
    Jakie jest ‚ale’? Ważne żeby był „z sąsiedztwa”. Czyli od pobliskich pszczelarzy. Miód z naszej okolicy jest pełen składników roślinnych, które organizm zna, na ogół toleruje i dzięki temu lepiej przyswaja.
    Co jeszcze trzeba wiedzieć o miodzie? Każde prawdziwe pszczele dzieło wcześniej czy później twardnieje. Wbrew pozorom, to właśnie ten wiecznie nieskrystalizowany miód jest sztuczny.
    Oprócz aspektów zdrowotnych i smakowych jest jeszcze jedna mega zaleta miodu – nie ma terminu ważności.
  • Owoce – słodkie, kwaśne, każde. Jakbym mogła, podawałabym je dożylnie. Istne energetyki.  ‚Ale’ – jedynie dojrzałe. I nie chodzi o egzotyki – dziecko nawet wie, że nie kupimy w Polsce prawdziwie dojrzałych bananów czy pomarańczy. Niestety nasze polskie płody też często gęsto zrywane są za wcześnie. Co wtedy? Nie „wyciągnęły” z przyrody właściwej ilości witamin i energii, więc „wysysają” je z nas. Tak wiem, brzmi kosmicznie. Więc po co ryzykować? 😛
    Jest jeszcze pewna niesamowita kwestia dotycząca owoców, a dokładniej ich PESTEK. Wiele wskazuje na to, że zawarta w nich witamina „B17” potrafi walczyć z rakiem, o czym możecie przeczytać tutaj (klik).
  • Woda – Ble? Fuj? Są różne upodobania.­ Pijamy ją jednak – bo tak wszędzie o niej trąbią, że zdrowa i oczyszczająca. Jest jednak oczywiście jedno ‚ale’ (o którym już nas tak namiętnie nie informują) – musi być z dodatkiem. Np. popularnie – z cytryną, miodem lub mniej popularnie – miętą czy ogórkiem. Chcemy przecież, żeby docierała do każdej komórki naszego ciała. A sama, czysta woda po prostu przelatuje przez nasz organizm.
    P.S. Dodatek dodajemy sami!

Na koniec muszę Was ostrzec – jestem typową kobietą:
Ciekawską – i jak tylko natrafiam gdzieś na wzmiankę o tym, jak jeść, to dłubię w temacie i szukam prawdy.
Rozgadaną – więc zapewne nie raz będę Was jeszcze wtajemniczać i nękać ‚zdrowaśkami’ 🙂

Do następnego!

3 komentarze

      • Zuza
        Zuza

        Widzę dziewczyny, że wczułyście się w temat, kombinacje są imponujące! 🙂 Oprócz nich polecam też czasem alkohol heh. Piwo i wino mają przecież mnóstwo wartości odżywczych, witamin czy antyoksydantów. High life! 😉

Dodaj komentarz